Pod wpływem spontanicznej i ciekawej dyskusji która wywiązała się między mną a Patricią z superforest.org (jestem w trakcie pisania postu o The giving tree ) postanowiłam i tu poszerzyć  temat tej książki, jak i samego autora Shela Shilversteina.
Trzeba przyznać, że autor “Drzewa darów” (bo tak brzmi polski tytuł tej książki) był nietuzinkową osobą.
Zanim zajął się pisaniem książek dla dzieci przez osiem lat zajmował się wykonywaniem rysunków dla magazynu Playboy. Nie dziwi więc fakt, że wszystkie jego książki opatrzone są jego własnoręcznymi ilustracjami. Niezwykle prostymi, biało czarnymi rysunkami (tylko jedna z jego książek,a właściwie to tomik poezji dla dzieci jest w wersji kolorowej).
Oprócz pisania książek dla dzieci i bycia rysownikiem, Shel był również poetą, autorem tekstów piosenek (napisał przebój dla Johnego Casha ” A boy named Sue”) muzykiem i piosenkarzem.

Choć “The giving tree” nie było pierwszą książką Silversteina, dopiero po czterech latach autor znalazł wydawcę który opublikował książkę. Shel opowiadał, że często słyszał o tym jak piękna i wzruszającą to książka, po czym najczęściej odsyłano go “z kwitkiem” tłumacząc że jest albo za krótka, ale najczęściej za smutna ( jak na książkę przeznaczoną dla młodego odbiorcy).

I tu, też zaczęła się wspomniana przeze mnie dyskusja z Patricią. Po obejrzeniu filmu (który zamieściłam w poście “Krąg dzieciństwa”) Patricia napisała, że faktycznie to bardzo smutna historia…

Nie wiem, czy to dlatego, że historię tę znam już bardzo dobrze ponieważ dojrzewałam z nią (czytali mi ją rodzice i babcia)  i etapy jej pojmowania  też naturalnie ewoluowały, ale  szczerze się zdziwiłam się i zaciekawiłam jednocześnie.

Zaczęłam zastanawiać się nad wielowarstwowością i złożonością, tej pozornie prostej i  smutnej historii .

Poniekąd Patricia znów skłoniła mnie do nowego spojrzenia na tak dobrze znaną mi książkę. Ucieszyłam się, bo każda taka rozmowa, pobudza zmysły, odsłania nowe płaszczyzny, pokazując jak bardzo się różnimy i uzupełniamy jako ludzie.

Dla mnie “The giving tree” to historia pełna nadziei i miłości, ale postanowiłam zgłębić przeciwstawny punkt widzenia. Poszperałam trochę w sieci i okazało się, że faktycznie interpretacje książki są bardzo skrajne.

Zgodzę się, że można uznać ją za pozornie smutną, taka jest jej pierwsza warstwa. Najprostsza i najbardziej “leniwa” (mam nadzieję że nikomu się nie narażę i zostanę dobrze zrozumiana;)) interpretacja. Z czasem jednak, dostrzegamy głębię i mądrość tej historii.

Mnie dawała poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Zapewniała, że każdy ma swoje “drzewo” , które go bezwarunkowo kocha. Nieważne co zrobimy, że czasami zapomnimy, czy na chwilę”odwrócimy się” od niego… Ono będzie o nas pamiętać, a my i tak zawsze odnajdziemy ku niemu drogę, bo tak naprawdę nigdy od niego nie odchodzimy za daleko. Drzewo wiernie trwa i czeka, jest punktem stałym i opoką, to reszta zmienia się, starzeje i ewoluuje.

Historia drzewa i chłopca jest dla mnie alegorią życia.

Jeżeli właśnie po raz pierwszy zetknęliście się z tą historią, na pewno dziwicie się i pytacie : ” Historia o nadziei i miłości?!”

Chłopiec wydaje się nieczuły i nastawiony na to aby tylko brać, nie dając nic w zamian. Drzewo natomiast emanuje bezwarunkową miłością i zaufaniem. Wydaje się że jest niekochane i porzucone przez chłopca…

A ja rozumiem to zupełnie inaczej.

Chłopiec powraca zawsze do swojego drzewa, nie zapomina o nim, nigdy. Powraca jak bumerang, prowadzony miłością i siłą drzewa…Ona zawsze wskaże mu właściwą drogę.

To jest właśnie życie. Czas w którym raz odgrywamy rolę chłopca, a kolejny  raz to my przejmujemy obowiązki drzewa. W życiu każdego z nas, na różnych jego etapach pojawiają się ludzie którzy pełnią te rolę i są nam potrzebni, tak samo jest z nami samymi ( co więcej często pełnimy te role nieświadomie, zaryzykowałabym nawet że najczęściej nieświadomie wcielamy się w drzewa i to jest piękne:)) . To taki nieustanny proces dawania i brania, którego nie można wydzielić i ustalić jasnych jego granic.

Sztuka życia polega na tym aby ten proces zaakceptować bez zbędnego żalu czy pretensji. Myślę, że na tym polega największe wyzwanie i trudność.

Bardzo ładnie ujął to Timothy Jackson profesor Wydziału teologicznego na Uniwersytecie  Standforda  w eseju poświęconym interpretacji  “The giving tree” . Napisał tak:

To jest smutna opowieść?!  Cóż, to jest smutne w ten sam sposób, w jaki  przygnębiające jest życie. Wszyscy jesteśmy ubogimi, a jeśli mamy szczęście i jesteśmy dobrzy, starzejemy się za pomocą  innych (“wykorzystując ich”) sami przy tym się również “zużywamy” . Łzy w życiu spadają, jak liście z drzewa. Nasza  “skończoność” ( w sensie długości życia) nie jest czymś, czego należy żałować lub gardzić. Jest czymś co sprawia, że dawanie  odbieranie jest  możliwe. Im więcej winimy chłopca, tym więcej obwiniamy ludzką egzystencji. Im więcej winimy drzewa, tym więcej winimy ideę rodzicielstwa. Czy to co  drzewa dają uzależniamy  od wdzięczności  chłopca? Gdyby tak było, jeśli ojciec i matka czekaliby  na zasadzie wzajemności za opiekę nad młodymi, to wszyscy bylibyśmy skazani na niepowodzenie…

Drzewo to oczywista metafora…Metafora, ale czego?! Hmm.

Na to pytanie  każdy znajdzie swoją własną interpretację i znaczenie. I właśnie to tak bardzo lubię w tej historii, swobodę i wolność postrzegania. Autor zasiewa pewną myśl, koncept, poddaje problem, który następnie ewoluuje i rozpoczyna dyskusję, twórczy proces odkrywania siebie ( co czyni czytanie wyjątkowym i osobistym doświadczeniem).

A tu jeszcze jedna opowieść która też jest jedną z moich ulubionych

Mam nadzieję, że i Wy ulegniecie magii opowieści Shiela Silversteina:)

Advertisements