kalendarz nie kłamie… 24 luty, a ja dopiero pierwszy raz pojawiam się tu w nowym 2011 roku.

Powoli domyka się krąg. Długą drogę przebyłam żeby znaleźć się w tym punkcie, na stacji Teraz…

Nauczyłam się między innymi tego , że każdy koniec, każdy smutek i ból to nowy początek. Każde pożegnanie przygotowuje grunt na pełne niespodzianek nowe doznania. Po wylanych łzach i chwilach smutku z pewnością nadejdzie moment spokoju i ulgi. A co chyba najważniejsze i najtrudniejsze to zaakceptować ten fakt, we własnym życiu.

Smutne i bolesne doznania są jak proszek do pieczenia. Dzięki nim szybciej dojrzewamy, pęczniejemy w przydatną, życiową wiedzę. Myślę sobie, że to są bardzo mądre emocje, choć w momencie kiedy je przeżywamy sprawiają że czujemy jak pękamy na szwach.

Nie doświadczymy przecież radości powitania, wcześniej nie przeżywając trudów rozstania. Nie znając zjawiska nocy nie poczujemy ulgi którą przynosi słońce. Jedno wypływa z drugiego, nieskończony krąg… Jedna emocja wypływa/powstaje z drugiej, niepostrzeżenie płynnie przemieniają się w siebie nawzajem.
Zrozumiałam że nie ma sensu pytać czemu, buntować się czy wypierać z siebie negatywne uczucia i emocje. Trzeba je poznać, przeczołgać się przez nie, do końca, tylko tak zachowam równowagę i harmonię.
Teraz czuję z pewnością większy spokój i ulgę.
Poznając siebie w tak trudnych momentach, dotarłam do nowych, nieznanych pokładów . I bardzo mi się tam podoba, odkryłam nową siłę, mądrość i wiarę.
Postaram się nie zmarnować tej lekcji. To wszystko ma sens. Proces uleczania ciała postępuje, teraz czas na serce.

Advertisements