You are currently browsing the category archive for the ‘słów mych kilka’ category.

Rzadko oglądam telewizję. Robię to teraz i już wiem czemu tego nie mam w zwyczaju…

Program w telewizji publicznej kanal numer 2 , ” Po zmierzchu”.  Pan nieumiejętnie prowadzący:  Marek Starybrat , gośćmi są Manuela Gretkowska i Tomasz Kot. Primo. Poziom dyskusji pomiędzy samymi  gośćmi żenujący…czysta i bezsensowna pyskówka. Secundo, poziom intelektualny Pana prowadzącego program…  aż boli.

Osobiście, nie przepadam za osobą Pani Gretkowskiej, ale to w jaki sposób prowadzący potraktował zagadnienie feminizmu i artykułował płytkie pytania  jest przykre… Czy naprawdę nie ma w tym kraju inteligentnych, wykształconych ludzi którzy potrafią przeprowadzić sensowny wywiad czy rozmowę.

Dla Pana prowadzącego feminizm to kobieta nienawidząca mężczyzny… Nie potrafię nawet przytoczyć co poniektórych tekstów ( może to i lepiej)…

Pan Marek według mnie był totalnie nieprzygotowany do tej rozmowy, najprawdopodobniej nie przeczytał książki o której wspominał w rozmowie…

Eh. Smutne to .

Advertisements

To film z zatrzymania działacza na rzecz środowisk homoseksualnych Roberta Biedronia. Obejrzałam go dzisiaj i postanowiłam to skomentować, tu na blogu.

Oglądając to poczułam wstyd i zażenowanie zachowaniem tych ludzi. Całą zaistniała sytuacją. Choć nigdy nie byłam zatrzymana przez policję zdaję sobie sprawę z procedur które obowiązują w trakcie zatrzymań. Myślę sobie jednak, że oprócz zarządzeń w każdej sytuacji należy kierować się zdrowym rozsądkiem i posiadać pewną elastyczność w ocenie konkretnej sytuacji. Na filmie nie widać aby Pan Robert był w jakikolwiek sposób agresywny…

Słuchając pojawiających się głosów w tle, odebrało mi mowę… Zrobiło mi się strasznie przykro i wstyd. Nie rozumiem jak można się w ten sposób zachować, jak można z pełną świadomością chcieć poniżyć człowieka, upodlić go… Nie rozumiem dlaczego niektórzy pałają do innych taką nienawiścią, wewnątrz własnego kraju. Dlaczego niektórzy odczuwają przyjemność z poniżania… To tak jakbyśmy sobie wymyślili, że od dziś będziemy tępić zielonookich. Absurd. Co gorsza, czytając komentarze na YT większość jest w stylu : ” należało mu się” albo ” zaraz się popłacze”…
Czy naprawdę tak wygląda Polska?! Kraj sporów i nietolerancji wymieszany z religijnym fanatyzmem?! Brakuje mi słów aby opisać moje zażenowanie postawą tych ludzi. Co chcieli osiągnąć, czy poprzez swoje zachowanie czują się lepiej?! Nikt przecież nikomu nie każe czegokolwiek pochwalać lub aprobować. Każdy powinien mieć prawo do swobody myśli. Nie znaczy to jednak że należy atakować.Myślę, że Ci ludzie są bardzo słabi, z niską samooceną. Zapominają że kto poniża sam jest niski. Nie tędy droga…

W takich chwilach wstyd mi za moich rodaków, nie chcę takiego społeczeństwa. Przykre to bardzo…

Zaczynając nowy dzień staram się uważnie wybierać to z czym moje uszy lub oczy zetkną się zaraz po przebudzeniu, wprowadzą mnie w nadchodzące 24 godziny. Dobieram więc odpowiednią muzykę, prasę lub zdjęcia. Uwielbiam ( zwłaszcza teraz) zrobić sobie późne śniadanie, zasiąść z kubkiem gorącej herbaty lub kawy w dłoniach i  upajać umysł i ciało równocześnie.  To co dociera do mnie rano rzutuje na pozostałej reszcie dnia, muzyka i obraz jest niczym energy pack , daje dodatkową energię i siłę.  Dziś na przykład:

A muzycznie Rox i Saltillo. Pycha.

 

Chłonę polską złotą jesień. rozkoszuję się czasem spędzonym z rodzicami, siostrą i “siostrowym” mężem. Lubię nasze wieczorne rozmowy przy lampce wina.

Słucham i gorąco polecam :

 

 

 

 

Świat.

Dla mnie wciąż niedająca się ogarnąć i pojąć czasoprzestrzeń, różnorodność, wielowarstwowość. Wzbudza zachwyt, łaknienie wiedzy, wzrusza, ale też często napawa lękiem, przyprawia o smutek.  Świat to dwie równocześnie odpychające się i nie mogące bez siebie żyć siły dobra i zła.

Jedna ręka karmi nas dobrodziejstwami współczesnego świata ( myślę, tu głównie o postępie w rozwoju nowoczesnych technologii, odkryciach naukowych) a druga wystawia słony rachunek w postaci ubóstwa krajów trzeciego świata, wojen,  gwałtów, rzezi. ..

Ciągle zachwyca mnie  potęga jaką kryje w sobie słowo ONLINE.  Oszałamiające jest to, że  mogę rozmawiać online z ludźmi z innych kontynentów i stref czasowych. Dzięki dostępowi do sieci i znajomości języka obcego moja wiedza i horyzonty poszerzają się nieustannie. Internet oferuje mi bezkresne oceany informacji, zarówno tych niezbędnych jak i tych zwanych SPAMEM.

Będąc w szkole podstawowej czy nawet w liceum, nie miałam styczności ani z telefonem komórkowym ani z Internetem. Wtedy mój świat zawężał się do najbliższego otoczenia, okolicy. I choć miałam dostęp do informacji poprzez telewizję czy prasę, myślę że pewne rzeczy nie oddziaływały na mnie tak silnie jak te które docierają  do mnie dzięki byciu online. Mam tu na myśli głównie filmy wrzucane na YT , vimeo czy inne tego typu portale.  Te formy przekazu wydają mi się bardziej osobiste, szczere. Dzięki blogom poznaję często bardzo prywatne i intymne światy, które mimo bariery szkła ekranu stają się mi bliskie.

Bycie online uświadomiło mi ogrom świata i jego historii. Historii ludzi,  wszystkich razem i każdego z osobna.  Taka wielokolorowa mozaika.

Chciałabym być jak najbardziej świadomym elementem tej mozaiki, dlatego staram się wykorzystać jak najlepiej potencjał który niesie ze sobą świat nierealny. Ten nierealny często realnie zmienia bieg wydarzeń, czy ludzkiego losu.Ma w sobie realną i niesamowitą moc i to jest magiczne. Magiczne, że często nieznający się osobiście ludzie działają ramię w ramię aby coś zmienić, ulepszyć, czy ocalić.  To jest tak nierealne, że aż możliwe 😉

Film ten jest najlepszym tego przykładem.  Przecież wszystko to, o czym jest mowa  nie jest żądną tajemnicą, a ogólnie dostępną wiedzą.  Myślę też, że bardzo trafnym zabiegiem było zmniejszenie dystansu i ogromu pojęcia jakim jest świat do grona 100 osób. To  przemawia do nas bardziej , jest realniejsze i namacalne. Ponadto,  obraz i dźwięk potęzniejszy jest od liczb.

Ps. Mam nadzieję, że niektórzy w końcu przestaną narzekać i docenią jakimi są szczęściarzami 🙂

Mam nadzieję, że u Was ( gdziekolwiek jesteście) też jest tak cudnie, i słońce Wam przygrzewa:)

Ja, mimo okropnego przeziębienia, zdobyłam się na szaleństwo (resztkami sił) i wyruszyłam na dwór. Mam nadzieję, że słońce mnie uleczy, a jutro poczuję się lepiej.

Póki co, jem pyszną zupę pomidorową (najlepszą na świecie, autorstwa mojej mamy:)) i  słucham wywiadu z kimś wyjątkowym…

 Słuchając Elmo myślę sobie, że jest bardzo mądrym stworkiem. Myślę, że za rzadko, my dorośli przenosimy się w taki magiczny świat, zapominamy o tym żeby się śmiać i uśmiechać ( bardzo podobał mi się ten fragment o rozmawianiu ze słońcem i księżycem). Tak, to bardzo wyjątkowy świat, dzięki któremu możemy znów powrócić do korzeni:)

Jestem pewna, że urok Elmo i na Was zadziała!

Jako istota wysoce wrażliwa na piękno, uwilebiam fotografię. Możliwości jakie daje Internet są jak studnia bez dna. W kwestii fotografii bardzo mnie to akurat cieszy bo poznaję artystów,  o których w innych okolicznościach nie miałabym pojęcia.

Jednym z nich jest z całą pewnością  pochodzący z Bułgarii George Rustchev ( dodam jeszcze, że Pan jest samoukiem:))

A teraz niech przemówią jego zdjęcia

Wybrałam te zdjęcia ze względu na ich tematykę związaną z jedzeniem. Poza tym, jest coś w tym połączeniu co mnie przyciąga, jakaś surowość.

Jeśli podobają Wam się te zdjęcia zobaczcie portfolio  Georga Rustcheva.

Oi. Tak, wiem. Zniknęłam na trochę. Nie żeby nie było o czym pisać 😉 , ale jakoś się zebrać nie mogę ostatnio (strasznie to czasochłonna sprawa biorąc pod uwagę, że piszę do trzech blogów jednocześnie).
Co do tego owo projektu czyli SuperForest Polska mam nadzieję, że już wkrótce zajdą tu piękne zmiany (pomysły są i to bardzo ciekawe:)) Rozmawiałyśmy już wstępnie z Carlą i myślę że się uda:)
Póki co, posłuchajcie co u mnie;)

tak, tak właśnie. Koncertowy Jason Mraz 🙂 Oj, choć nie mogę tańczyć, nóżka się rwie. Niech no ja tylko ozdrowieję!

Ps. Dużo czytam i słucham (audiobooków).  Ostatnio wysłuchałam właśnie “Bikini ” J. L. Wiśniewskiego oraz przeczytałam  “Nie ma z czego się śmiać” Stefanii Grodzieńskiej (o czym pewnie wkrótce napiszę), a teraz słucham “Płci Mózgu” Annie Moir i Davida Jessela (odświeżam sobie, z czasów studiów)

Dobranoc:)

 

 

Pod wpływem spontanicznej i ciekawej dyskusji która wywiązała się między mną a Patricią z superforest.org (jestem w trakcie pisania postu o The giving tree ) postanowiłam i tu poszerzyć  temat tej książki, jak i samego autora Shela Shilversteina.
Trzeba przyznać, że autor “Drzewa darów” (bo tak brzmi polski tytuł tej książki) był nietuzinkową osobą.
Zanim zajął się pisaniem książek dla dzieci przez osiem lat zajmował się wykonywaniem rysunków dla magazynu Playboy. Nie dziwi więc fakt, że wszystkie jego książki opatrzone są jego własnoręcznymi ilustracjami. Niezwykle prostymi, biało czarnymi rysunkami (tylko jedna z jego książek,a właściwie to tomik poezji dla dzieci jest w wersji kolorowej).
Oprócz pisania książek dla dzieci i bycia rysownikiem, Shel był również poetą, autorem tekstów piosenek (napisał przebój dla Johnego Casha ” A boy named Sue”) muzykiem i piosenkarzem.

Choć “The giving tree” nie było pierwszą książką Silversteina, dopiero po czterech latach autor znalazł wydawcę który opublikował książkę. Shel opowiadał, że często słyszał o tym jak piękna i wzruszającą to książka, po czym najczęściej odsyłano go “z kwitkiem” tłumacząc że jest albo za krótka, ale najczęściej za smutna ( jak na książkę przeznaczoną dla młodego odbiorcy).

I tu, też zaczęła się wspomniana przeze mnie dyskusja z Patricią. Po obejrzeniu filmu (który zamieściłam w poście “Krąg dzieciństwa”) Patricia napisała, że faktycznie to bardzo smutna historia…

Nie wiem, czy to dlatego, że historię tę znam już bardzo dobrze ponieważ dojrzewałam z nią (czytali mi ją rodzice i babcia)  i etapy jej pojmowania  też naturalnie ewoluowały, ale  szczerze się zdziwiłam się i zaciekawiłam jednocześnie.

Zaczęłam zastanawiać się nad wielowarstwowością i złożonością, tej pozornie prostej i  smutnej historii .

Poniekąd Patricia znów skłoniła mnie do nowego spojrzenia na tak dobrze znaną mi książkę. Ucieszyłam się, bo każda taka rozmowa, pobudza zmysły, odsłania nowe płaszczyzny, pokazując jak bardzo się różnimy i uzupełniamy jako ludzie.

Dla mnie “The giving tree” to historia pełna nadziei i miłości, ale postanowiłam zgłębić przeciwstawny punkt widzenia. Poszperałam trochę w sieci i okazało się, że faktycznie interpretacje książki są bardzo skrajne.

Zgodzę się, że można uznać ją za pozornie smutną, taka jest jej pierwsza warstwa. Najprostsza i najbardziej “leniwa” (mam nadzieję że nikomu się nie narażę i zostanę dobrze zrozumiana;)) interpretacja. Z czasem jednak, dostrzegamy głębię i mądrość tej historii.

Mnie dawała poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Zapewniała, że każdy ma swoje “drzewo” , które go bezwarunkowo kocha. Nieważne co zrobimy, że czasami zapomnimy, czy na chwilę”odwrócimy się” od niego… Ono będzie o nas pamiętać, a my i tak zawsze odnajdziemy ku niemu drogę, bo tak naprawdę nigdy od niego nie odchodzimy za daleko. Drzewo wiernie trwa i czeka, jest punktem stałym i opoką, to reszta zmienia się, starzeje i ewoluuje.

Historia drzewa i chłopca jest dla mnie alegorią życia.

Jeżeli właśnie po raz pierwszy zetknęliście się z tą historią, na pewno dziwicie się i pytacie : ” Historia o nadziei i miłości?!”

Chłopiec wydaje się nieczuły i nastawiony na to aby tylko brać, nie dając nic w zamian. Drzewo natomiast emanuje bezwarunkową miłością i zaufaniem. Wydaje się że jest niekochane i porzucone przez chłopca…

A ja rozumiem to zupełnie inaczej.

Chłopiec powraca zawsze do swojego drzewa, nie zapomina o nim, nigdy. Powraca jak bumerang, prowadzony miłością i siłą drzewa…Ona zawsze wskaże mu właściwą drogę.

To jest właśnie życie. Czas w którym raz odgrywamy rolę chłopca, a kolejny  raz to my przejmujemy obowiązki drzewa. W życiu każdego z nas, na różnych jego etapach pojawiają się ludzie którzy pełnią te rolę i są nam potrzebni, tak samo jest z nami samymi ( co więcej często pełnimy te role nieświadomie, zaryzykowałabym nawet że najczęściej nieświadomie wcielamy się w drzewa i to jest piękne:)) . To taki nieustanny proces dawania i brania, którego nie można wydzielić i ustalić jasnych jego granic.

Sztuka życia polega na tym aby ten proces zaakceptować bez zbędnego żalu czy pretensji. Myślę, że na tym polega największe wyzwanie i trudność.

Bardzo ładnie ujął to Timothy Jackson profesor Wydziału teologicznego na Uniwersytecie  Standforda  w eseju poświęconym interpretacji  “The giving tree” . Napisał tak:

To jest smutna opowieść?!  Cóż, to jest smutne w ten sam sposób, w jaki  przygnębiające jest życie. Wszyscy jesteśmy ubogimi, a jeśli mamy szczęście i jesteśmy dobrzy, starzejemy się za pomocą  innych (“wykorzystując ich”) sami przy tym się również “zużywamy” . Łzy w życiu spadają, jak liście z drzewa. Nasza  “skończoność” ( w sensie długości życia) nie jest czymś, czego należy żałować lub gardzić. Jest czymś co sprawia, że dawanie  odbieranie jest  możliwe. Im więcej winimy chłopca, tym więcej obwiniamy ludzką egzystencji. Im więcej winimy drzewa, tym więcej winimy ideę rodzicielstwa. Czy to co  drzewa dają uzależniamy  od wdzięczności  chłopca? Gdyby tak było, jeśli ojciec i matka czekaliby  na zasadzie wzajemności za opiekę nad młodymi, to wszyscy bylibyśmy skazani na niepowodzenie…

Drzewo to oczywista metafora…Metafora, ale czego?! Hmm.

Na to pytanie  każdy znajdzie swoją własną interpretację i znaczenie. I właśnie to tak bardzo lubię w tej historii, swobodę i wolność postrzegania. Autor zasiewa pewną myśl, koncept, poddaje problem, który następnie ewoluuje i rozpoczyna dyskusję, twórczy proces odkrywania siebie ( co czyni czytanie wyjątkowym i osobistym doświadczeniem).

A tu jeszcze jedna opowieść która też jest jedną z moich ulubionych

Mam nadzieję, że i Wy ulegniecie magii opowieści Shiela Silversteina:)

Chciałabym móc położyć się na podłodze, i tak sobie poleżeć, słuchając myśli w ciemnościach. Lubię tak. I nad morzem też lubię, w gwiazdy i niebo.